Zaprzyj się samego siebie - o ego, pysze i źródle każdego grzechu

Świat mówi: pokochaj siebie. Jezus mówi: zaprzyj się samego siebie. Dlaczego ego jest źródłem każdego grzechu i jak się od niego uwolnić.

Twój największy wróg nosi twoje imię.

Nie jest nim szatan na zewnątrz. Nie jest nim trudny szef, niewdzięczna rodzina, brutalny świat. Twój największy wróg mieszka w środku, mówi twoim głosem i podpisuje się słowem “ja”. Biblia nazywa go starym człowiekiem. Teologia - pychą. Psychologia - ego. A jest w nas tak od dziecka - mały, nigdy niewyrosły, tupiący nogą i krzyczący “ja, ja, ja”. Chce mieć wszystko. Chce być najlepszy. Chce mieć rację. Nie chce wybaczać, nie chce przepraszać, nie chce służyć - chce być obsługiwany.

I właśnie do niego Jezus mówi coś, co brzmi jak skandal we współczesnym świecie:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.

- Mt 16:24 (BT)

Zaprzyj się. Nie “pokochaj”. Nie “odkryj”. Nie “zaakceptuj”. Zaprzyj się.

To jedno z najbardziej niewygodnych zdań, jakie Jezus kiedykolwiek wypowiedział. Bo uderza w sam korzeń wszystkiego, co dzisiejszy świat uznaje za świętość - w kult samego siebie.

Pycha - matka wszystkich grzechów

Zapytaj siebie: skąd bierze się grzech? Nie konkretny grzech - ale grzech w ogóle. Co jest jego korzeniem?

Odpowiedź Biblii jest zawsze ta sama. Na początku nie było morderstwa. Nie było kradzieży. Nie było cudzołóstwa. Na samym początku była pycha.

Lucyfer był najwspanialszym ze stworzeń. A potem powiedział w sercu:

Wstąpię na niebiosa, powyżej gwiazd Bożych postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego.

- Iz 14:13-14 (BT)

Pięć razy “ja”. Pięć razy “mój”. Pycha w czystej postaci - stworzenie, które chce być jak Stwórca. Mądrość Starego Testamentu streściła to w jednym zdaniu, które wszyscy znają, a mało kto traktuje poważnie:

Przed porażką - wyniosłość, duch pyszny poprzedza upadek.

- Prz 16:18 (BT)

A potem ta sama pokusa zapukała do ogrodu Eden. Wąż nie kusił Ewy owocem. Kusił ją czymś znacznie większym:

Wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło.

- Rdz 3:5 (BT)

“Będziecie jak Bóg.” I właśnie tu pęka serce człowieka. Nie chodziło o owoc. Chodziło o chwałę. O to, żeby to “ja” w środku dostało wreszcie to, czego pragnie najbardziej: być adorowanym. Być w centrum. Być przedmiotem czci, którą do tej pory odbierał tylko Bóg.

Bo ego ma jeden, niesamowity apetyt - apetyt na adorację. Chce być chwalone, podziwiane, stawiane na piedestale. I zrobi wszystko, żeby choć jedna iskra tej chwały, która należy się Bogu, spadła na nie. Każdy grzech - bez wyjątku - jest powtórzeniem tej samej sceny. Każdy grzech to mały akt oddawania chwały sobie zamiast Bogu.

A potem najbardziej zdradliwa z nich wszystkich - pożądliwość. Zauważ, jak ego ją uzasadnia: “ja tego potrzebuję”, “mam ciężkie życie”, “ona mnie nie rozumie”, “to mi się należy”, “jestem tylko człowiekiem”. Każdy zdradzony małżonek, każda otwarta strona z pornografią, każde przekroczenie granicy zaczyna się od tego samego zdania w środku: “ja mam do tego prawo”. Pycha najpierw stawia “ja” w centrum - a potem ciało robi to, co serce już zdecydowało.

Zobacz jeden wspólny mianownik. Ja. Święty Augustyn miał rację, gdy pisał: superbia mater omnium vitiorum - pycha jest matką wszystkich występków.

Ego podaje się za ciebie

To jest najpodstępniejsza część całej tej historii. Ego nigdy nie przychodzi z wizytówką “jestem twoją pychą”. Wyobraź sobie raczej lokatora, który zajął twój dom, a teraz wmawia ci, że to on jest tu właścicielem. Mówi twoim głosem. Używa twoich słów. A ty - prawdziwy ty - stoisz w kącie własnego życia i myślisz, że to wszystko twoje wybory.

Ale ego nie działa przez rozkazy. Nie mówi ci wprost “bądź pyszny” - bo od razu byś się zorientował. Ono jest znacznie sprytniejsze. Ego wchodzi przez emocje. Dokładnie tam, gdzie jesteś najmniej krytyczny wobec siebie. Bo kiedy coś czujesz - masz pewność, że to twoje. A skoro twoje, to prawdziwe. A skoro prawdziwe, to usprawiedliwione.

Przyjrzyj się, jak to wygląda w praktyce.

Ktoś powiedział ci coś przykrego. Ego natychmiast podpowiada: “to było niesprawiedliwe”. I w ułamku sekundy w twoim sercu budzi się gniew - nie jako decyzja, tylko jako fala, która cię zalewa. Ty już się nie zastanawiasz, czy masz rację się złościć. Ty czujesz, że masz rację. A ego stoi z boku i się uśmiecha, bo zrobiło robotę.

Zrobiłeś coś, czego nie powinieneś. Ego natychmiast podpowiada: “ale on zaczął”, “każdy by tak zrobił”, “nie miałem wyjścia”. I zamiast wyrzutu sumienia budzi się w tobie poczucie krzywdy - bo to ty jesteś tu ofiarą, to ciebie się nie rozumie. Ego właśnie zamieniło twoją winę w czyjąś winę.

Ktoś odniósł sukces. Ego natychmiast podpowiada: “on na to nie zasłużył”, “ja jestem lepszy, a nic z tego nie mam”. I rodzi się zazdrość - ale nie nazywasz jej po imieniu. Nazywasz ją “poczuciem niesprawiedliwości”. Ego dało jej szlachetną etykietę.

Zrobiłeś błąd. Ego natychmiast podpowiada: “jesteś beznadziejny, nie ma dla ciebie nadziei, Bóg cię już nie chce”. I budzi się paraliżujące poczucie winy - które wygląda jak pokora, ale nią nie jest. Bo prawdziwa pokora prowadzi do Boga, a ta prowadzi do rozpaczy. To ego w wersji przewrotnej - karmi się twoim upadkiem tak samo chętnie, jak twoim sukcesem. Bo w obu przypadkach to ty jesteś w centrum: raz jako wielki, raz jako żałosny.

Widzisz schemat? Ego nie daje ci myśli - daje ci uczucia. A uczucia omijają rozum. Zanim zdążysz zadać sobie pytanie “czy to jest prawda?”, już masz gotową odpowiedź w ciele - napięte ramiona, gorąco w klatce piersiowej, ścisk w gardle. I wtedy możesz już tylko zareagować. A dokładnie tego ego chciało.

I tak dorosły człowiek, który w życiu osiągnął wiele, nagle nie potrafi przeprosić drugiej osoby. Wyobraź sobie typową scenę: małżeńska kłótnia. Już dawno wiadomo, że oboje przesadzili. Już dawno wiadomo, że ktoś musi zrobić pierwszy krok. I oboje siedzą w dwóch końcach domu, każde w swoim “ale to on mnie pierwszy skrzywdził”, każde z listą argumentów gotowych do wyrecytowania. Mijają godziny. Czasem dni. Nie dlatego, że tak chcą. Dlatego, że lokator w środku każdemu z nich po cichu podpowiada, jak bardzo to drugie jest niesprawiedliwe.

Ten głos nie jest tobą. Ale tak długo, jak go słuchasz, stajesz się nim.

Jeśli chcesz zobaczyć ten mechanizm sportretowany w sposób, który zostaje w głowie na lata, polecam mało popularny film Guya Ritchiego - “Revolver” (2005). To nie film gangsterski, choć tak wygląda. To opowieść o rozpoznaniu ego i o najtrudniejszej walce, jaką człowiek może stoczyć: walce z samym sobą.

Pycha wchodzi też do kościoła

Nim pójdziemy dalej, jedno ostrzeżenie. Pycha jest przebiegła i bez problemu przekracza próg kościoła. Nawet pobożność może być formą ego - i Jezus pokazał to w jednej z najbardziej druzgocących przypowieści, jakie wypowiedział:

Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: “Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.” A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: “Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.” Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten.

- Łk 18:10-14 (BT)

Faryzeusz nie skłamał. Naprawdę pościł. Naprawdę dawał dziesięcinę. Naprawdę nie był cudzołożnikiem. A jednak wyszedł ze świątyni z niczym. Bo jego modlitwa nie była rozmową z Bogiem - była rozmową z lustrem. Nie chwalił Boga. Chwalił siebie przy okazji Boga. Używał Boga jako sceny dla własnego ego.

To jest najgorszy rodzaj pychy - taki, który czuje się świętością. Który sam o sobie nie wie, że jest pychą, bo jest “porządniejszy” od tych “tam, na zewnątrz”. I dotyczy to każdego wierzącego, niezależnie od wyznania - bo pokusa, żeby używać Boga jako tła dla siebie, jest starsza niż wszystkie Kościoły świata.

Krótkie wyznanie

Nie piszę tego z pozycji kogoś, kto stoi z boku i opisuje cudzy problem. Sam przez lata dawałem się temu głosowi prowadzić - i co najgorsze, w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ego jest naprawdę sprytne. Nigdy nie krzyczy “jestem twoją pychą”. Ono zawsze szepcze coś, co brzmi rozsądnie i miło dla ucha: “jesteś wyjątkowy”, “nie powinieneś przepraszać”, “musisz zadbać o swoje dobro”, “ty jesteś inny niż reszta”.

Im dłużej z tym walczę, tym wyraźniej widzę jedną rzecz: ludzie, którzy poddają się pysze, sami siebie gubią. W swoim zapatrzeniu w siebie tracą kontakt z rzeczywistością - widzą tylko świat z sobą w centrum, każdą krytykę odbierają jako atak, każdą krzywdę jako kosmiczną niesprawiedliwość. Człowiek, który chce być wszystkim, w końcu staje się więźniem siebie samego.

Paradoks współczesnego świata

A teraz wyobraź sobie świat, który bierze ten głos w środku, sadza go na tronie i mówi: “to jest twoja prawdziwa tożsamość - pielęgnuj go, karm go, kochaj go, broń go”.

Nie musisz sobie wyobrażać. Żyjesz w takim świecie.

“Pokochaj siebie.” “Zasługujesz na więcej.” “Bądź sobą.” “Postaw siebie na pierwszym miejscu.” “Nie musisz nikomu nic tłumaczyć.” “Twoje szczęście jest najważniejsze.” “Jeśli coś ci nie służy - odetnij.”

To są przykazania nowej religii. Religii ja. Brzmią jak terapia, ale są recepturą, która spełnia najskrytsze marzenie ego - usprawiedliwiać siebie w każdej sytuacji.

A teraz zobacz, co na to Biblia. Czy Pismo Święte gdziekolwiek mówi: “musisz nauczyć się kochać siebie”? Nie. Biblia mówi coś przeciwnego - zakłada, że już to robimy aż za dobrze:

Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje.

- Ef 5:29 (BT)

Paweł pisze to jakby mimochodem, jako oczywistość. Nikt nie musi być uczony, jak dbać o siebie. To jest wpisane w naturę. I dlatego Paweł, opisując nawet swoich współpracowników w służbie Ewangelii, mógł napisać z bólem zdanie, które streszcza całą kondycję ludzką:

Bo wszyscy szukają własnego pożytku, a nie - Jezusa Chrystusa.

- Flp 2:21 (BT)

Wszyscy. Nie “ludzie zepsuci”. Nie “niewierzący”. Nie “ci tam, na zewnątrz”. Wszyscy - w tym chrześcijanie, w tym sam Paweł, gdyby nie łaska. Szukanie własnego pożytku jest stanem domyślnym ludzkiego serca. A nad tym wszystkim rozbrzmiewa zdanie, które jest ostateczną odpowiedzią Boga na “self-love” naszej epoki:

Bóg sprzeciwia się pysznym, pokornym zaś daje łaskę. (…) Uniżcie się przed Panem, a On was wywyższy.

- Jk 4:6.10 (BT)

Bóg się sprzeciwia pysznym. Nie ignoruje. Nie toleruje. Sprzeciwia się. To jeden z tych wersetów, które powinny zatrzymać każdego, kto myśli, że da się jednocześnie być zakochanym w sobie i blisko Boga. Te dwie rzeczy są na dwóch przeciwnych biegunach.

Biblia nie każe ci więc uczyć się miłości do siebie. Problem nie polega na tym, że za mało siebie kochasz. Problem polega na tym, że za bardzo.

Jezus kieruje miłość na zewnątrz

I to prowadzi nas do sceny, która powinna zamknąć wszelkie dyskusje. Pewien uczony w Prawie zapytał Jezusa, które przykazanie jest największe. Jezus mógł odpowiedzieć na wiele sposobów. Odpowiedział tak:

“Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem.” To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: “Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”.

- Mt 22:37-39 (BT)

Policz przykazania. Dwa. Nie trzy. Oba skierowane na zewnątrz. Bóg - w górę. Bliźni - w bok. Nie ma trzeciego, które by mówiło “kochaj siebie”. I nie jest to przeoczenie - Jezus wiedział coś, czego nasza epoka rozpaczliwie nie chce przyjąć: miłość do siebie nie jest cnotą, którą trzeba w człowieku uprawiać. Jest odruchem, który trzeba utemperować. Działa sama, od dnia narodzin - razem z pierwszym płaczem dziecka, które dopomina się o swoje.

Jezus układa miłość w kształt krzyża. Pionowo - do Boga. Poziomo - do bliźniego. Te dwie belki tworzą krzyż, na którym ma być przybite trzecie “ja”. Bo dokładnie tam, gdzie w twoim sercu miało być miejsce na kult samego siebie, Jezus stawia dwa przykazania, które to miejsce wypełniają Bogiem i drugim człowiekiem.

“Jak siebie samego” nie jest przykazaniem. Jest punktem odniesienia. Jezus mówi: wiesz, jak troskliwie zabiegasz o siebie? Jak szybko wybaczasz sobie każdą wpadkę? Jak łatwo znajdujesz dla siebie usprawiedliwienie, którego nie znajdujesz dla nikogo innego? Tak samo rób bliźniemu. I ta miara byłaby absurdem, gdyby nie zakładała, że miłość do siebie jest stanem oczywistym i niewyczerpanym.

I tu dochodzimy do sedna. “Pokochanie siebie” - w tym sensie, w jakim promuje je współczesny świat - nie jest niewinną terapią. To przekroczenie granicy, której Jezus celowo nie przekroczył. To nakarmienie tego samego ego, które od Edenu szepcze ci, że należy ci się więcej. I tak właśnie człowiek się gubi: karmi w sobie lokatora, bo mówią mu, że to jest “praca nad sobą”, a w rzeczywistości oddaje mu po kawałku kontrolę nad swoim życiem. Im bardziej go pielęgnujesz, tym głośniej mówi. Im głośniej mówi, tym mniej słyszysz siebie prawdziwego. Aż pewnego dnia nie wiesz już, gdzie kończysz się ty, a zaczyna on.

Zaprzyj się samego siebie

Skoro problemem nie jest niedobór miłości do siebie, tylko jej nadmiar - recepta Jezusa zaczyna brzmieć zupełnie inaczej niż recepta świata.

Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje.

- Łk 9:23 (BT)

Co dnia. Nie raz. Nie przy nawróceniu. Nie przy chrzcie. Każdego dnia, od nowa, świadomie, z pełną decyzją.

I zwróć uwagę na ostatnie słowo tego wezwania: naśladuj Mnie. Naśladowanie Chrystusa to nie tylko wewnętrzna pobożność. To kierunek całego życia - na zewnątrz. Bo sam Jezus powiedział o sobie coś, co powinno zdemolować każde wyobrażenie o chrześcijaństwie jako o drodze “rozwoju osobistego”:

Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.

- Mk 10:45 (BT)

Jezus - Bóg, któremu należała się cała adoracja wszechświata - zdefiniował swoje przyjście słowem “służyć”. Nie przyszedł, żeby mu kłaniano się w pas. Nie przyszedł, żeby go chwalono. Nie przyszedł po swoje. Przyszedł oddać. I jeśli to jest wzór, to chrześcijanin, który chce “iść za Nim”, ma tylko jedną drogę: wyjść z siebie i zwrócić się do kogoś innego. Każde szukanie siebie jest odwrotnością naśladowania Chrystusa.

Co to znaczy “zaprzeć się samego siebie”? To nie żadna mistyczna tajemnica. To coś bardzo konkretnego, co dzieje się dziesiątki razy dziennie:

Każde takie “nie” powiedziane ego jest małym krzyżem. Każde takie “nie” jest małą śmiercią. I paradoksalnie - każde takie “nie” jest krokiem ku prawdziwemu życiu.

Umrzeć, żeby żyć

Paweł napisał zdanie, które jest streszczeniem całej chrześcijańskiej drogi:

Razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.

- Ga 2:20 (BT)

Ale skąd Paweł wiedział, że “umrzeć dla siebie” jest w ogóle możliwe? Bo widział, jak ktoś zrobił to pierwszy. Hymn z Listu do Filipian to najgłębszy tekst Nowego Testamentu o zaparciu się siebie - i mówi nie o nas, tylko o Chrystusie:

Niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jednych drugich za wyżej stojących od siebie. To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (…) uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej.

- Flp 2:3-8 (BT)

Spójrz na to dokładnie. Bóg, który mógł zażądać adoracji - bo Mu się słusznie należała - dobrowolnie z niej zrezygnował. Nie dlatego, że Mu na niej nie zależało. Dlatego, że bardziej zależało Mu na nas. Krzyż jest doskonałym anty-ego we wszechświecie - jedyne miejsce, w którym ktoś, komu należała się cała chwała, oddał ją całą za tych, którzy nie zasługiwali na nic. (Pisałem o tym szerzej w artykule Czy Jezus Chrystus musiał umrzeć na krzyżu?.)

I to jest cel chrześcijańskiego życia. Nie unicestwienie siebie. Nie pogarda dla siebie. Ale wymiana - oddać tron egotycznego “ja” prawdziwemu Panu. Pozwolić, żeby to Chrystus myślał w tobie, kochał w tobie, wybaczał w tobie, służył w tobie. Codziennie na nowo.

A jeśli Chrystus zaczyna w tobie żyć, to bardzo szybko zauważysz w sobie jedną bardzo konkretną zmianę: przestaje cię cieszyć tylko to, co dobre dla ciebie. Zaczynasz czerpać radość z tego, że możesz zrobić coś dobrego dla kogoś innego. Z tego, że możesz pomóc, posłuchać, ustąpić, zaskoczyć kogoś dobrocią. Z tego, że ktoś inny jest szczęśliwy - i to wystarczy. Twoje przyjemności przestają być w centrum, a zaczynają być na obrzeżach. Nie znikają - po prostu przestają być najważniejsze. Bo tam, gdzie wcześniej było tylko jedno “ja”, które trzeba było karmić, robi się miejsce dla drugiej osoby, dla której można żyć. I to jest najpiękniejszy paradoks całej tej drogi: im mniej żyjesz dla siebie, tym więcej masz radości - takiej, której ego nigdy nie potrafiło ci dać.

Dwie drogi

Świat mówi: znajdź siebie. Jezus mówi: zaprzyj się siebie. Świat mówi: postaw siebie na pierwszym miejscu. Jezus mówi: kto chce być pierwszy, niech będzie ostatni. Świat mówi: pokochaj siebie. Jezus mówi: kochaj Boga i bliźniego. Świat mówi: broń swojego ego. Jezus mówi: zostaw je na krzyżu.

Wybierz dziś, którego głosu słuchasz. Bo jednego z nich i tak musisz pochować.

Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.

- Mt 20:26-28 (BT)